|
2012-04-20 15:31
handel emisjami do wpisu:
Apolityczna reforma podatkowa?
Przykład udanej reformy podatkowej - podwyżka VAT. Zero kłopotu, wszyscy zadowoleni...
2012-04-20 15:28
handel emisjami do wpisu:
Im mniej becikowego myślenia tym lepiej
A teraz becikowe podzieliło los innych świadczeń
2012-04-20 15:24
handel emisjami do wpisu:
Ryzykowna jazda po krzywej Laffera
Dzisiaj szanse na obniżenie podatków są chyba po prostu zerowe. Wszystko idzie w przeciwnym[...]
Były minister finansów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, obecnie ekonomista Polskiego Instytutu Dyrektorów
Wreszcie pojawił się projekt obniżenia składki rentowej. Chociaż jestem gorącym orędownikiem obniżenia kosztów pracy, uważam że zaproponowana metoda realizacji jest nieefektywna i może zagrozić finansom publicznym. Tak radykalne uszczuplenie dochodów budżetowych (o niemal 20 miliardów zł począwszy od roku 2008), jest sensowne tylko wtedy jeśli wywoła pozytywne i znaczące efekty ekonomiczne, zwłaszcza na rynku pracy. Tymczasem obniżenie klina podatkowego na całej krzywej klina, czyli niezależnie od wysokości dochodów pracowników, jest źle adresowane. I dlatego będzie miało znikomy wpływ na zwiększenie zatrudnienia. Nie łudźmy się, że pracodawcy zaczną zatrudniać dlatego, że klin podatkowy spadnie z 43 do 40% w tym roku. A zwłaszcza wśród osób o najniższych kwalifikacjach i dochodach – czyli wśród osób gdzie mamy najwyższe bezrobocie. Aż 2/3 bezrobotnych to ludzie o niskich kwalifikacjach. Nie nastąpi ani zwiększenie popytu na pracę, ani „wyjście z szarej strefy”, ani tym bardziej wzrost wpływów podatkowych. W sumie po prostu „nie zadziała” mechanizm krzywej Laffer’a. Warto pamiętać, że jazda po tej krzywej może być bardzo ryzykowna, tym bardziej, że nie wiadomo w którym punkcie krzywej się tę jazdę rozpoczyna. Dodatkowym problemem jest to, że obniżka składki rentowej w tym roku, dotyczy wyłącznie części płaconej przez pracownika, a nie pracodawcy. Wywoła to wzrost popytu konsumpcyjnego wskutek wzrostu płac, zamiast zwiększenia inwestycji. Dlatego, choć cel jest słuszny, metoda realizacji wydaje się ryzykowna dla gospodarki. Może nastąpić przegrzanie gospodarki, wzrost inflacji i konieczność zaostrzenia polityki pieniężnej. Jeśli osłabnie tempo wzrostu gospodarczego, pogłębi się nierównowaga w finansach publicznych i na długie lata nie wyjdziemy z unijnej procedury nadmiernego deficytu. W tej sytuacji lepiej byłoby przeznaczyć „owoce wzrostu gospodarczego” na poprawę finansów publicznych i przyspieszenie wejścia Polski do strefy euro. W Polsce było kilka udanych przykładów obniżenia podatków, co nie oznacza wcale, że każda próba jest zawsze udana. Do udanych obniżek zaliczyć można obniżenie podatku CIT, obniżenie akcyzy na alkohol. Jednak najbardziej znanym przykładem udanej obniżki podatków była tzw. ERTA (Economic Recovery Tax Act) wprowadzona przez Reagana w 1981. Ta spektakularna reforma podatkowa sprzed ponad 25 lat zakończyła się sukcesem ponieważ była: po pierwsze - kompleksowa (realizowana w ramach szerszej reformy), po drugie znacząca (istotna dla podatników), i po trzecie dobrze adresowana (w celu wywołania większych efektów podażowych) i po czwarte – była realizowane w okresie przyspieszenia wzrostu gospodarczego. I tak, po pierwsze ERTA była kompleksową reformą podatkowa obejmującą wiele elementów. Do najważniejszych z nich zaliczyć należy obniżenie podatków od dochodów osobistych, redukcję podatków od zysków kapitałowych, wprowadzenie zasad przyspieszonej amortyzacji środków trwałych. Po drugie, redukcja była znacząca dla podatników np. podatki od dochodów osobistych zostały obniżone o 25% w okresie 3 lat. Po trzecie, ważne było wyraźne adresowanie obniżki (było to trudne i jak niektórzy ekonomiści komentują po 25 latach nie do końca się jednak udało). Największym bowiem zagrożeniem dla reform polegających na znaczącym obniżeniu podatków jest zagrożenie inflacją i zwiększeniem deficytu budżetowego, co występuje wtedy kiedy efekty popytowe są silniejsze niż efekty podażowe. Po czwarte, wysoki wzrost gospodarczy, owszem ogranicza ryzyko zmian, ale gwarancji sukcesu jednak nie daje. Czy zatem są jakieś szanse na poprawienie obecnej propozycji Ministerstwa Finansów? Wydaje mi się to bardzo wątpliwe, z kilku powodów: 1) po pierwsze – ze względu na upolitycznienie debaty podatkowej. Pamiętajmy, że jest to obecnie „koronna” propozycja gospodarcza rządu, obiecana rok temu nie tylko obywatelom, ale również partnerom społecznym w Komisji Trójstronnej, a więc niezwykle trudno się z niej wycofać; 2) po drugie – zmiany podatkowe wymagają wizji. Właśnie brak wizji docelowego „klina podatkowego” sprawia, że pomysł obniżenia kosztów pracy jest niedopracowany. Bez tej wizji trudno formułować koncepcję jakiejkolwiek reformy podatkowej, jeśli nawet nie wiadomo jak mają wyglądać obciążenia dochodów za kilka lat – po redukcji składek i podatków. Obawiam się, że klin nadal będzie „garbaty”, tak jak obecnie. Może dlatego robi się tylko kosmetykę, zmiany drobne w sensie legislacyjnym bo zawarte zaledwie w zmianie kilku artykułów ustawy; 3) po trzecie – zmiany podatkowe wymagają czasu. Czas potrzebny jest na rzetelną diagnozę, na wypracowanie propozycji, na pozyskanie poparcia politycznego, na debatę publiczną i na wdrożenie. A takiego komfortu na pewno nie mieli ostatnio szybko zmieniający się ministrowie finansów. 2007-03-23 19:27
Po wielu miesiącach powstał wreszcie program rządowej polityki prorodzinnej. Chociaż od pomysłów do realizacji jeszcze daleka droga, to i tak dobrze, skoro wizytówką polityki prorodzinnej jest becikowe, a nawet podwójne becikowe. Teraz przynajmniej można mieć nadzieję na rzeczową merytoryczną dyskusję o polityce rodzinnej, czy prorodzinnej. Ale im mniej będzie myślenia becikowego, tym lepiej. Program rządowy ma jedną podstawową zaletę – jest to program kompleksowy, który pokazuje na różne instrumenty polityki prorodzinnej. Co więcej, wszystkie jego propozycje są „z grubsza” policzone, co ułatwia analizę różnych opcji. Ma też jednak kilka podstawowych wad. Do nich należą wszystkie niemal bolączki tzw. kompleksowych programów, a mianowicie: mało realistyczne cele, zbyt rozproszone środki na ich realizację, rozłożone na wiele lat, a więc też mało realne, wdrożenie. Zacznijmy od końca. Niestety wiele programów rządów jest przygotowywanych na zbyt długi okres czasu, co w praktyce oznacza ich zaniechanie przez kolejne ekipy rządzące. Oczywiście zaniechanie jest zawsze wprost proporcjonalne do niechęci prowadzenia debaty publicznej, a tym samym pozyskiwania sojuszników. Im więcej debaty publicznej, tym więcej szans na osiągnięcie konsensusu, i tym większe szanse na późniejszą kontynuację. Owszem, akurat ten program został poddany społecznym konsultacjom. Jest to jednak raczej wyjątek, niż reguła. Dotychczasowe lekceważenie konsultacji społecznych wyraźnie ograniczyło ufność obywateli, ekspertów i polityków w sens jakichkolwiek debat. Raczej oczekuje się niestety, że debata będzie tylko pozorowana. Marne są więc szanse osiągnięcia konsensusu „ponad podziałami’ i wdrożenie programu w stosunkowo długim okresie obejmującym co najmniej 2 i pół kadencji Sejmu. W tym okresie czasu rząd szacuje wydatki budżetowe na realizację programu w wysokości 17,5 miliarda złotych. Argumentem za zwiększeniem nakładów są niskie wydatki na politykę rodzinną w Polsce. Wynoszą one 0,9% PKB i są ponad dwukrotnie niższe niż w UE. Ale trzeba zwrócić uwagę, że również inne wydatki znacząco odbiegają od średnich unijnych. Dotyczy to np. wydatków na naukę i szkolnictwo wyższe – 0,3% PKB!, czyli najniższe w UE. Lub najniższe w UE wydatki na aktywną politykę na rynku pracy – 1% wszystkich wydatków socjalnych, podczas gdy w UE wydaje się średnio 4%. To prawda, że taka struktura wydatków osłabia konkurencyjność Polski, dlatego tak ważne jest nie tylko szukanie rozwiązań wydatkowania pieniędzy publicznych, ale przede wszystkim rozwiązań ograniczających i racjonalizujących wydatki. I tak, niewątpliwą zaletą programu jest wskazanie możliwych oszczędności poprzez uszczelnienie systemu pomocy społecznej dla rodzin ubogich, poprzez integrację systemów pomocy społecznej, systemu świadczeń rodzinnych oraz urzędów pracy. Oszczędności te mająy wynieść ok. 2 miliardów złotych. Poza tym są już tylko wydatki budżetowe, ale te są niestety mocno rozproszone. Obok dobrych pomysłów takich jak zwiększanie kwoty wolnej na każde dziecko w rodzinie, są też pomysły gorsze takie jak zmiana podstawy do obliczania poboru składki emerytalnej dla kobiet na urlopach macierzyńskich; co z kolei ma zapobiec konieczności dopłat do minimalnych emerytur w przyszłości. I wreszcie, najważniejszym zarzutem do programu jest brak realizmu, a zwłaszcza powiązania celów z zaproponowanymi instrumentami. Celami polityki prorodzinnej mają być odwrócenie niekorzystnego trendu demograficznego oraz polepszenie warunków życia rodzin. Nie sądzę aby przy zastosowaniu tych instrumentów można było te cele zrealizować. Nie mam żadnych wątpliwości, że przy takich, nawet sporych środkach, nie da się podnieść istotnie współczynnika dzietności z obecnych 1,23 (na 100 kobiet przypada 123 dzieci) na przykład do poziomu zapewniającego wymienialność pokoleń – czyli współczynnika na poziomie co najmniej 2,1. Ten program nie zapewni „trwania narodu” jak określił to Premier, ponieważ środki są daleko niewystarczające, rozproszone i źle adresowane. I tak np. podnoszenie kwoty wolnej dla dzieci jest daleko niewystarczające. Ulga podatkowa z tego tytułu ma wzrosnąć z obecnych 120 zł do 200 zł już w tym roku, ma być stopniowo podwyższana aby docelowo osiągnąć 500 zł ale dopiero w roku 2013! Tak niewielkie ulgi są co najwyżej symboliczne, znacząco niższe niż w większości krajów UE. Ulgi oczywiście nie mogą być większe, ponieważ właśnie środki są nadmiernie rozproszone na inne cele. A poza tym nie stać nas na jeszcze wyższe ubytki dochodów budżetowych, które mogłyby skutecznie zniwelować istniejącą „dyskryminacyjną” politykę fiskusa wobec dzieci i rodzin. Tylko gruntowna reforma obejmująca system podatkowy i składkowy (ubezpieczeń społecznych), może stworzyć grunt dla bardziej prorodzinnej polityki podatkowej – co wiązać się jednak musi z istotną zmianą obciążeń podatkowych. Bez gruntownej reformy podatkowej i reformy finansów publicznych, ukierunkowanej na stronę dochodową i wydatkową budżetu – trudno oczekiwać jakichkolwiek efektów w realizacji słusznych skądinąd celów. Dlatego zachęcam do stawiania celów realnych dla polityki prorodzinnej. Takim celem jest na przykład polityka prorodzinna skierowana na pogodzenie pracy i opieki nad dzieckiem. W sytuacji gdy Polska ma najwyższą stopę bezrobocia, a wskaźnik zatrudnienia wynosi zaledwie 52% (a więc daleko do poziomu 70% - celu strategii Lizbońskiej), najlepszą sensowną polityką rodzinną powinna być „polityka zatrudnienia przyjazna rodzinom” (family friendly employment). Owszem propozycja programu rządowego wskazuje na narzędzia tej polityki, takie jak zwiększanie elastycznych form zatrudnienia, tworzenie nietypowych miejsc pracy typu telepraca, zakładanie żłobków i przedszkoli niedaleko zakładów pracy itp. Co ciekawe, większość tych propozycji określane są w programie jako bezkosztowe, co wskazuje, że są traktowane po macoszemu. Obok nich występują też inne postulaty, które mają zupełnie odwrotny skutek, a mianowicie ograniczają (zamiast ułatwiać) kobietom dostęp do rynku pracy. Do takich nieprzemyślanych postulatów należy dalsze wydłużanie urlopu macierzyńskiego. Biorąc pod uwagę to, że polskie urlopy (macierzyński i 3-letni wychowawczy) należą do najdłuższych W Europie – trudno zrozumieć logikę tego postulatu. 2007-03-09 20:06
Od tego trzeba rozpocząć dyskusję o wypłacie emerytur z II filara. Emerytury z OFE w początkowym okresie będą dramatycznie niskie. W latach 2009-2013 kobiety otrzymają emerytury zaledwie w wysokości od 100 do 200 zł z kilku powodów. Po pierwsze okres oszczędzania w OFE jest krótki (niecałe 10 lat), a okres wypłat długi (ponad 17 lat). Po drugie zgromadzony kapitał będzie niższy, niż przeciętny ponieważ wynagrodzenie kobiet na 10 lat przed emeryturą jest znacznie niższe (o ponad 30%) niż mężczyzn w tej grupie wiekowej.
Dlatego zamiast debatować o tym KTO ma wypłacać, lepiej rozpocząć od tego CO ma być wypłacane - czyli od określenia produktu. Od wyboru formy wypłaty, bedzie zależało bowiem które rozwiązanie będzie najkorzystniejsze i najtańsze dla klienta. To jest niezwykle ważne, aby nie uszczuplać dodatkowo i tak niskich emerytur. Trzeba najpierw wybrać formę wypłaty, również dlatego, że od tego wyboru zależy w decydującym stopniu także wybór instytucji wypłacającej. Owszem rozwiązanie rynkowe z udziałem wielu podmiotów może wpłynąć pozytywnie na obniżenie kosztów dla klienta, poprzez ograniczenie ceny produktu. Ale rynek w początkowym 5-letnim okresie będzie tak niewielki, że trudno mówić o jakiejkolwiek konkurencji. Tym bardziej, że nawet na rynku OFE, który jest już obecnie ponad 2000 razy większy niż rynek wypłat w początkowym okresie, konkurencja cenowa właściwie nie istnieje. Przykładem tego jest przyjmowanie maksymalnych, dopuszczalnych prawem, stawek opłat, które pobierają firmy zarządzające. Dlatego rozpoczynanie dyskusji od tego czy ZUS może, czy nie może zarządzać jest pozbawione fundamentalnej logiki. Emerytów interesuje przecież to jaka będzie wysokość emerytur i jakie będzie bezpieczeństwo systemu wypłat, a nie kto ma te emerytury wypłacać. Aby dalej prowadzić tę debatę trzeba przyjąć, za punkt wyjścia perspektywę klienta – i zastanowić się najpierw jaki produkt jest najwłaściwszy, aby to rozwiązanie było jak najtańsze, zwłaszcza w początkowym okresie, kiedy emerytury będą niskie. Wszystkie rozwiązania są realne, i nic w moim przekonaniu nie wnosi opinia, którą w tym tygodniu przesłała KNF do premiera, w którym to sugeruje, między innymi, że ZUS powinien że wypłacać emerytur z II filaru. Konkluzja KNF oparta jest na podstawie martwego przepisu ustawy o OFE z 28 sierpnia 1997r (prawie 10 lat!) wskazującej, że członkowie OFE przecież mają wybór zakładu emerytalnego. Z tego ma wypływać wniosek, że zakładów musi być więcej niż jeden, a więc na pewno nie może to być ZUS. Taka debata na linii MPiPS-KFN nic nie wnosi, nie tylko dlatego, że akurat ten przepis można obejść, ale przede wszystkim dlatego, że absorbuje uwagę opinii publicznej nie na tym co powinno być istotą tej debaty, czyli rozważaniu konkretnych wariantów rozwiązań. Zacznijmy więc od początku, czyli od formy wypłaty emerytur, które będą bardzo niskie w początkowym okresie. Form wypłat jest wiele, ale na rynku ubezpieczeniowym (ale nie w Polsce) najpopularniejszą jest renta dożywotnia w postaci annuitetu. Problem w tym, że ryzyko za wypłatę annuitetu, zarówno inwestycyjne jak i ubezpieczeniowe (aktuarialne) – ponosi dostawca (instytucja wypłacająca). Dopóki środki są w OFE, ryzyko inwestycyjne ponosi klient, a ryzyka aktuarialne w ogóle nie występuje w okresie akumulacji środków OFE. Tak właśnie jest w systemie polskim, ponieważ mamy system zdefiniowanej składki, a nie zdefiniowanego świadczenia. Tylko przy bardzo złych wynikach, i to w porównaniu do wyników konkurentów, PTE może być zmuszone do dopłat do rachunków klientów. A tym samym w zupełnie wyjątkowych sytuacjach PTE ponosi pewne ryzyko inwestycyjne, ale bynajmniej nie zdejmując tego ryzyka z klienta OFE. Przeniesienie ryzyka inwestycyjnego, które obecnie obciąża klienta OFE może, ale nie musi, wystąpić w momencie wypłaty środków na emeryturę. Rozwiązaniem, które nie przenosi ryzyka z klienta na instytucję wypłacającą jest np. wypłata według określonego programu wypłat, tzw. programowana wypłata. W krajach, które wprowadziły podobne do polskiego systemy emerytalne, stosowane są obie formy wypłat: annuitet i programowana wypłata. Nie ma żadnego powodu, aby tego rozwiązania nie zastosować w Polsce. Różnica polega na tym, że annuitet musi być wykupiony przez klienta za środki zgromadzone w OFE i wtedy firma wypłacająca annuitet przejmuje ryzyka od klienta, podczas gdy przy programowanej wypłacie nie ma takiej potrzeby. Dlatego programowana wypłata może być znacznie tańsza niż annuitet. Co więcej, koncepcję wypłaty programowanej można oprzeć na istniejącej już infrastrukturze. Może ją, na przykład, wypłacać również OFE. To ogranicza koszty i ryzyka operacyjne przy transferach środków. Owszem programowana wypłata ma jedną wadę. W przeciwieństwie do annuitetu, jest świadczeniem, które maleje wraz z upływem czasu. To jednak niekoniecznie jest wadą, a dla wielu emerytów może nawet być zaletą – przecież lepiej dostać więcej zaraz po przejściu na emeryturę, niż później. Poza tym, można stworzyć przymus wykupu annuitetu w jednym z zakładów ubezpieczeniowych, na przykład po 5 latach okresu przejściowego. Wtedy, w roku 2013 powinien już powstać system rynkowy i wystarczająca liczba dostawców, aby utrzymać niskie ceny produktów emerytalnych. Jeśli rozpoczniemy dyskusję od określenia formy wypłaty, można dalej prowadzić dyskusję na kolejne tematy takie jak np. polityka inwestycyjna, bezpieczeństwo środków itp., kończąc wreszcie na temat kosztów i instytucji wypłacającej. Mówiąc o polityce inwestycyjnej związanej z oferowanym produktem należy stwierdzić, że forma wypłaty determinuje również profil ryzyka. Jeśli miałaby to być programowana wypłata na 5 lat, a potem miałby nastąpić wykup annuitetu, to właściwie można przyjąć analogiczny profil ryzyka jak dla OFE. Nasuwa się przy tym natychmiastowy wniosek, że to właśnie OFE mogą wypłacać tę programowaną wypłatę, wspólnie z ZUS, który odpowiadałby za same dokonywanie wypłat, a nie za inwestycje. Jest to rozwiązanie zdecydowanie najprostsze, najtańsze i najmniej kontrowersyjne. Jeśli natomiast formą wypłaty będzie annuitet, to niezbędne będzie przyjęcie bardziej konserwatywnej polityki inwestycyjnej, np. typowej dla funduszy obligacyjnych lub pieniężnych. Przy okazji warto dodać, że jeśli taka byłaby forma wypłat, to wówczas rzeczywiście argument ryzyka politycznego w zarządzaniu inwestycjami, co jest jednym z głównych argumentów przeciw powierzeniu wypłat emerytur ZUSowi, też nabiera innego (i zdecydowanie mniejszego) znaczenia. Dodatkowymi komplikacjami przy wyborze annuitetu jako formy wypłaty, jest oczywiście dużo więcej, niż w przypadku programowanej wypłaty. Należy do nich między innymi konieczność wydzielenia środków i wprowadzenia odrębnych reguł ostrożnościowych, niż te które obecnie obowiązuje dla zakładów ubezpieczeń. Po określeniu formy wypłat, możliwe jest określanie profilu ryzyka, zasad bezpieczeństwa dla systemu wypłat, kosztów itp. a dopiero później należy stawiać pytania: Jakie to powinny być instytucje? Ile ich powinno być? Czy możliwe jest stworzenie konkurencji? I wreszcie, jakie instytucje nie powinny w tym uczestniczyć? I tak, w przypadku programowanej wypłaty - oczywiście mogą to być różne występujące na rynku instytucje, wliczając OFE/PTE. W przypadku annuitetu, z kolei wiadomo, że nie mogą to być OFE/PTE, ale wyłącznie zakłady ubezpieczeń na życie, ZUS lub specjalnie w tym celu tworzone – nowe instytucje. Tylko takie podejście do debaty daje w ogóle szansę na znalezienie kompromisu. W przeciwnym razie debata jest chaotyczna i nie posuwa spraw do przodu. A może o to chodzi. Może są to kukułcze jaja, i wszyscy wiedzą, że i tak nie ma dobrych rozwiązań, skoro nie ma znaleziono ich przez 8 lat. A może po prostu wszyscy czekają na gajowego. 2007-02-22 20:38
Chociaż od dwóch lat trwają spekulacje o zagospodarowaniu politycznego centrum – aż do wczoraj nie powstała żadna nowa partia polityczna! Stale powracają różne warianty podziałów i tworzenia formacji z politycznych odprysków. Wczoraj pisał też o tym Andrzej Olechowski wyrażając swoje niezadowolenie brakiem wyrazistości programowej w PO. Aż tu nagle powstała Partia Kobiet. Za wcześnie aby mówić o programie, poza oczyście jasno sformułowanymi kwestiami światopoglądowymi dotyczącymi spraw kobiet i rodziny. Zainteresował mnie jednak dzisiejszy wywiad szefowej tej partii p. Manuely Gretkowskiej. Określiła ona swoją partię jako centrową, kierując następnie na stronę internetową, w celu zapoznania się z programem. Zaspokoiłem więc swoją ciekawość, poszukując owej centrowości np. w stosunku do kwestii gospodarczych. Poza wieloma ogólnikami niewiele znalazłem, czego akurat się spodziewałem. Nawet poczułem pewną ulgę. Bo niby czemu nowa partia, a tym bardziej partia o tak pięknej nazwie, miałaby zajmować się gospodarką? Skoro w gospodarce i tak nic się nie dzieje. Mamy wzrost, stabilne fundamenty – powtarzają jak mantrę niemal wszyscy ekonomiści. I to dobrze, że rząd nic nie robi, bo mógłby jeszcze popsuć – dodają. W takim stanie trudno oczekiwać, aby jakiekolwiek partie próbowały definiować swoją pozycję na scenie politycznej poprzez odniesienia do gospodarki, a tym bardziej kierunku reform gospodarczych. Tym bardziej, że do dziś trudno się pozbierać po zderzeniu koncepcji Polski liberalnej z Polską solidarną w ostatnich wyborach parlamentarnych. Życie polityczne coraz bardziej oddala się od spraw gospodarczych. Dlatego symptomatyczne jest właśnie powstanie nowej partii centrowej, zupełnie ignorującej program gospodarczy, chociaż prawdę mówiąc, nie do końca wiadomo, w jakim sensie nowa partia jest partią centrową. Czy centrowość wynika ze stosunku do wartości liberalnych, czy stosunku do religii, czy może do stosunku do podziałów historycznych (które i tak nadal w największym stopniu decydują o topografii dzisiejszej sceny politycznej)? Niestety polityka gospodarcza nie może czekać, bo zaniechania, tak jak inne błędy się mszczą. Przypomniał nam to po raz kolejny kilka dni temu Komisarz Komisji Europejskiej ds. ekonomicznym i monetarnych Joaquin Almunia. Słusznie zwrócił uwagę, że zaprzepaszczamy szanse jaką stwarza wysoki wzrost gospodarczy - na trwałą poprawę finansów publicznych, a tym samym pomyślne wyjście z procedury nadmiernego deficytu. A to z kolei powinno być równoznaczne z określeniem daty wejścia do strefy euro. Według prognoz KE polski deficyt budżetowy wyniesie w 2007 roku 3,7 proc. PKB (włączając koszty reformy emerytalnej), a nie 3,4 proc. PKB jak twierdzi polski rząd. Komisja uważa, że takie zmniejszenie deficytu wymaga zdecydowanej reformy wydatków publicznych, a tej niestety nie widać. W całej tej dyskusji nie chodzi oczywiście o spieranie się o dokładną wysokość deficytu, ale właśnie o brak działań: w ograniczaniu wydatków, a także w reformach strukturalnych, takich jak reforma finansów publicznych. Kotwica budżetowa to stanowczo za mało. Potrzebne jest również stworzenie skutecznych mechanizmów przeciwdziałających szybkiemu zwiększaniu wydatków. Dlatego wydaje się konieczne założenie drugiej kotwicy budżetowej – na dynamikę wzrostu wydatków. Wtedy będziemy mieli szansę na obniżenie kosztów pracy i podatków, na przyspieszenie wzrostu gospodarczego i zahamowanie narastania długu publicznego. I właśnie tego oczekiwać powinien każdy obywatel. W tym kontekście bardzo podobnie zabrzmiała dzisiejsza wypowiedź p. Gretkowskiej, która nie będąc ekonomistką, w prosty sposób wyraziła swoje poglądy na politykę gospodarczą. Zwróciła ona uwagę, że polityka w zakresie finansów państwa powinna być długofalowa i przewidywalna, nawet licząc się z kosztami i wyrzeczeniami, które społeczeństwo będzie musiało ponieść. Cieszy więc to, że zanegowała polityczny populizm. Cieszy to, że był to głos rozsądku.
2007-02-13 23:41
Dziś Premier Zyta Gilowska powiedziała na konferencji prasowej, że „finanse państwa są przygotowane do poważnego manewru reformatorskiego”. Chodzi o reformę finansów publicznych, ale tylko po stronie wydatkowej. Reformy podatkowej już nie będzie. Tym bardziej, jeśli jedyną propozycją Ministerstwa Finansów pozostanie obniżenie składki rentowej. PO z kolei zapowiada konsolidację, ale po stronie wpływów budżetowych, która zreformuje podatki i połączy skarbówkę z ZUSem. Koncepcja takiej konsolidacji podatkowo-składkowej zyskuje coraz więcej entuzjastów wśród ekspertów i posłów wielu opcji politycznych. Wydaje się, że właśnie ten kierunek myślenia o podatkach może stworzyć szansę do apolitycznej reformy. Warto wspomnieć, że propozycja konsolidacji poboru podatków i składek na ubezpieczenia społeczne nie jest nowa. Na początku ubiegłego roku właśnie nad tą koncepcją pracował zespół programowy w kancelarii ówczesnego premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Już wtedy wydawało się, że ten kierunek myślenia o reformie podatkowej, daje szanse na osiągnięcie szerokiego konsensusu politycznego. Bardzo cieszy mnie to, że znów pojawiło się światełko w tunelu na sensowną reformę podatkową, której ważną częścią jest połączenie ZUSu i skarbówki. Dobrze, że myślenie o reformie idzie w tym kierunku. Koncepcja konsolidacji unika politycznych sporów wokół wysokości stawek, kierując zainteresowanie uproszczeniem całego systemu obowiązkowych obciążeń dochodów z pracy. Kluczem do takiej debaty musi być jednak rzetelna diagnoza obu systemów: podatkowego i składkowego. Wystarczy przytoczyć kilka elementów tej diagnozy, które są ważnymi argumentami wspierającymi tę koncepcję: 1) Po pierwsze, system poboru podatków i składek na ZUS jest nadmiernie skomplikowany, właśnie dlatego, że oba systemy poboru były rozwijane niezależne. W efekcie tego niezależnego rozwoju i ciągłego „naprawiania” i „majstrowania”, powstał system obciążeń, który jest: nieefektywny, kosztowny i nieprzyjazny dla podatnika. Dlatego właśnie, należy odwrócić paradygmat myślenia. Zamiast mówić, że się „nie da czegoś zrobić”, bo system podatkowy jest niespójny z systemem składkowym, należy dostrzec podobieństwa. I robić diagnozy obu systemów łącznie. 2) Po drugie, ważnym argumentem przemawiającym za celowością konsolidacji podatkowo-składkowej jest kształt „klina podatkowego”, czyli sumy obowiązkowych narzutów na koszty pracy w relacji do całkowitych kosztów pracy. Okazuje się, że Polska, na tle krajów OECD ma bardzo spłaszczony, wręcz „quasi-liniowy” klin podatkowy. Oznacza to, że osoby zarabiające 2 tys zł, 10 tys. złotych, a nawet 30 tys. złotych mają podobne obciążenie podatkowo-składkowe, liczone jako % wynagrodzenia brutto. Tymczasem najwyższe obciążenia mają osoby o średnich dochodach zarabiające ok. 6 tys. złotych. W tym miejscu klin podatkowy ma "garb". Przy tych dochodach występuje największe obciążenie ze względu na ograniczenie składki emerytalno-rentowej powyżej 2.5-krotności przeciętnego wynagrodzenia. Warto przy okazji zwrócić uwagę, że obecny system obciążeń pracy jest nie tylko nadmiernie skomplikowany i niespójny, ale dodatkowo niesprawiedliwy, ponieważ relatywnie bardziej obciąża osoby o niskich i średnich dochodach, niż osoby o dochodach najwyższych. Dlatego, zapowiadana obniżka klina podatkowego przez Premier Gilowską, jest nie tylko bardzo kosztowna, ale przyniesie mizerne korzyści dla gospodarki ponieważ jest źle adresowana. Koszt dla budżetu obniżki składki o 6 pkt. proc. wyniesie prawie 20 miliardów zł. Ale liniowość tej obniżki na całej krzywej klina podatkowego utrzyma obecny "garbaty" kształt klina podatkowego. Nie rozwiąże więc problemu osób o niższych kwalifikacjach (w więc niższych dochodach), które mają największe problemy z zatrudnieniem, i właśnie z powodu wysokiego klina uciekają w szarą strefę. Obniżanie klina podatkowego w sposób liniowy nie przyniesie właściwie żadnych pozytywnych efektów na rynku pracy. Liniowe obniżanie klina również nie zlikwiduje wspomnianego "garbu", czyli najwyższych obciążeń dla osób o średnich dochodach, zarabiających ok. 6 tys. zł. Dlatego zanim dojdzie do obniżenia klina podatkowego, należy przede wszystkim ten klin „wyprostować”. Co wcale nie jest takie trudne. Już i tak bardzo duże spłaszczenia klina (chyba największe w UE) daje możliwość wręcz jego uliniowienia, czyli zastąpienia sumy wszystkich istniejących podatków i składkek ZUS w jedną liniową "podatko-składkę", na poziomie od 35 do 40%. Takie radykalnego uproszczenie daje również możliwość pobierania liniowej „podatko-składki” u źródła. 3) Po trzecie, dla ludzi i przedsiębiorców obojętne jest czy płacą podatki czy składki. Większość składek i tak nie ma charakteru ubezpieczeniowego, tylko podatkowy. Czym jest na przykład składka zdrowotna lub rentowa jeśli nie czystą formą podatku liniowego? 4) Po czwarte, żadna część systemu zabezpieczeń społecznych zarządzana przez ZUS nie jest w pełni samofinansująca się, a ostateczną instancją uzupełniającą deficyt w różnych systemach jest i tak budżet państwa. A więc znów nasze podatki. Wszystkie te argumenty przemawiają za możliwością wprowadzenia jednej „podatko-składki”, od jednej podstawy – wynagrodzenia brutto, pobieranej w tym samych czasie, przez jeden urząd. Jaki powinien to być urząd? Więcej argumentów przemawia za tym, aby tę instytucję tworzyć na bazie ZUS niż skarbówki. Samo wdrożenie powinno być poprzedzone kilkoma istotnymi działaniami takimi jak: zintegrowanie numerów ewidencyjnych, rejestrów, baz danych. A także wcześniejszą restrukturyzację funkcjonalną ZUS. Należy dążyć do wyodrębnienia z ZUS części administrującej pobór składek, od innych zadań ZUS. Wcale nie jest przeszkodą to, że część systemów administrowanych przez ZUS ma charakter ubezpieczeniowy (np. system emerytalny), ponieważ możliwe jest odpowiednie „znaczenie” składek, a następnie ich podział i odprowadzanie „znaczonych” części do odpowiednich funduszy. Z punktu widzenia rozwoju systemów informatycznych dodanie jeszcze jednej składki, czy podatku w systemie poboru ZUS, nie powinno stanowić rewolucji. 5) Po piąte, należy podkreślić, że owszem taka reforma może przynieść ogromne oszczędności administracyjne, rzędu nawet 4 miliardów rocznie, ale nie oszczędności są tu najważniejszym celem. Najważniejsze są korzyści, które przynosi samo uproszczenie systemu, a więc uszczelnienie poboru, zwiększenie ściągalności i przede największych niewymiernych korzyści wynikających ze stworzenia systemu przyjaznego i zrozumiałego dla podatników. Dziś o konsolidacji finansów mówi się różnie. Padają przy tym różne argumenty o oszczędnościach. Mają one zwiększyć zainteresowanie. Przykuć uwagę polityków i mediów. Rok temu Ministerstwo Finansów, podawało oszczędności rzędu 8 do 9 miliardów złotych z reformy finansów publicznych. Teraz PO wskazuje na 5 miliardów z tytułu konsolidacji skarbówki i ZUS. Wątpię we wszystkie te obliczenia, po pierwsze dlatego, że nie wiadomo jaki będzie system docelowy. Ważne jest jednak to, aby nie sprowadzać debaty do dyskusji o oszczędnościach, bo siłą napędową reformy, musi być zupełnie coś innego. A mianowicie - upraszczanie, przejrzystość i zdrowy rozsądek. 2007-01-17 17:50
Dziś pojawiła się informacja prasowa wskazująca, że Premier po przeglądzie resortów skłania się do dymisji pani Minister Kalaty. Wśród głównych zastrzeżeń są podobno: słaba praca w resorcie, konflikt z pozostałymi paniami ministrami Zytą Gilowską i Grażyną Gęsicką, a wśród spraw merytorycznych - zgłoszenie pomysłu przekazania wypłat emerytur z II filaru do ZUS. Warto więc pochylić nad głównym zastrzeżeniem merytorycznym, tym bardziej że wokół koncepcji wypłat emerytur rozpętała się chaotyczna dyskusja medialna. Oliwy do ognia dolał jeszcze sam Premier Lepper który zasugerował, że rozpętanie seks-afery miała na celu rozbicie koalicji, bo rzekomo propozycja Minister Kalaty miała zagrozić interesom grup ubezpieczeniowych. Nic więcej w tej sprawie nie wiadomo. Nawet tego czy Pan Lepper w liście który przesłał do ABW w połowie grudnia o rzekomej próbie zamachu stanu próbował oskarżać te grupy interesu, czy też nie. O jakie interesy chodzi w tej całej sprawie? Modelem wypłat emerytur zainteresowani są naturalnie obywatele i państwo, oraz te instytucje finansowe które mogą potencjalnie uczestniczyć w rynku wypłat. Państwo, oczywiście występuje w kilku rolach: jako strażnik publicznych pieniędzy, jako ZUS, jako regulator dbający o interesy obywateli. Zdecydowanie najważniejszym celem regulacji państwa jest dbałość o bezpieczeństwo i efektywność systemu emerytalnego. Pani Kalata nie przekonała jednak opinii publicznej, ani o tym, że powierzenie wypłat ZUS-owi zapewni większe bezpieczeństwo (choć system państwowy może kojarzyć się z większym poczuciem bezpieczeństwa), ani też o tym, że ZUS będzie efektywniej zarządzać niż instytucje prywatne (mimo argumentów o dobrych doświadczeniach ZUS-u w zarządzaniu Funduszem Rezerwy Demograficznej oraz zapowiedzi bardzo niskich opłat w projektowanym systemie wypłat). Pani Minister nie przekonała do niczego ponieważ zbagatelizowała prowadzenie debaty publicznej w sprawie, która dotyczy wszak większości obywateli. Niezależnie od tego jak oceniam te propozycje, styl debaty publicznej skazywał niemal każdą propozycję Pani Minister na kompromitację. Świadczą o tym opinie internautów. Okazuje się bowiem, że są oni w większym stopniu przeciwnikami samej Pani Minister, niż jej pomysłów. Ponad 60% internautów jest przeciwnych pomysłowi Pani Minister Kalaty. Ale jeszcze więcej, bo aż 85% internautów popiera dziś dymisję Pani Minister. Dziwne to tym bardziej, że nie została zaprezentowana żadna koncepcja alternatywna sytemu wypłat, poza ogólnikowymi tezami ekspertów, że powinien to być system rynkowy oparty o renty dożywotnie zarządzane przez zakłady ubezpieczeń na życie. Pani Minister sama skazała się na porażkę ponieważ w nieudolny sposób zderzyła koncepcję postrzeganą jako odwrócenie reformy emerytalnej z bliżej nieokreślonym systemem rynkowym. Teraz zapewne będzie brnąć dalej. A osłabiona pozycja nie pomoże w znalezieniu poparcia społecznego. Problem polega jednak na tym, że pozostało już tylko 2 lata do uruchomienia systemu. I nadal nie wiadomo jak będą wypłacane emerytury z II filaru. Opinia publiczna jest całkowicie zdezorientowana, ponieważ nie powstała propozycja alternatywna. Bez odzewu pozostał apel prof. Hausnera, który w swoim blogu proponuje pilne powołanie zespołu ekspertów dla opracowania systemu wypłat, i próbę wypracowania politycznego konsensusu wokół kontynuacji reformy. Tymczasem nikt się nie kwapi do podjęcia inicjatywy. Nawet instytucje finansowe, które ponoć (jak wspomniano powyżej) powinny być zainteresowane uczestnictwem w rynku wypłat emerytalnych również są całkowicie pasywne. Nie powstała żadna spójna koncepcja, którą zaakceptowałaby większość środowiska rynku finansowego. Najlepszy raport przygotował kilka lat temu Bank Światowy, choć od wstępnych rekomendacji do gotowych rozwiązań jeszcze daleka droga. Brakuje również zainteresowania i entuzjazmu u Pani Prezes ZUS. W ostatnim wywiadzie dla GW tuż przed świętami, Pani Wiktorow na pytanie dziennikarza dlaczego ZUS nie zgłasza własnej propozycji odpowiada standardowo, że przecież „Prezes ZUS nie ma inicjatywy ustawodawczej”. I tak wszyscy przypominają wszystkim, że trzeba tę ustawę przygotować, chociaż i tak każdy wie, że będzie to musiał zrobić rząd, który ma, a raczej musi mieć inicjatywę ustawodawczą. I tak nie podejmowanie inicjatywy przez wszystkie, choć ponoć bardzo zainteresowane instytucje, grozi tym co zwykle. Ustawa zostanie przygotowana w ostatniej chwili na kolanie. Zabraknie czasu i jedyną instytucją, która będzie się mogła, a także będzie musiała ją wdrożyć, będzie i tak ZUS. A może o to właśnie chodzi? Może rzeczywiście, wbrew temu co sugeruje Premier Lepper, brakuje zainteresowania wśród instytucji finansowych w nowym rynku wypłat. Może lepiej aby odpowiedzialność za wypłaty emerytur spadła wyłącznie na rząd. Tym bardziej, że wypłaty w pierwszych 5 latach będą budziły wiele kontrowersji, a nawet mogą okazać się prawdziwą polityczną bombą. Sprawa jest szczególnie delikatna w tzw. okresie przejściowym czyli w latach 2009-2013, kiedy emerytury z II filaru otrzymają tylko kobiety. Okres ten będzie bardzo ważny dla oceny całego systemu emerytalnego, ponieważ będą to pierwsze lata wypłat emerytur z II filaru, a nie jak dotychczas akumulacji na kontach OFE. Rozwiązanie okresu przejściowego nie będzie proste ponieważ liczba klientów i wolumen wypłat będzie bardzo mały. I tak w roku 2009 wypłaty z II filara otrzyma zaledwie od 2,5 do 3 tys. kobiet. Wolumen wypłat będzie bardzo niski – do systemu wypłat wpłynie około od 50 do 60 milionów złotych, a więc przeciętna miesięczna emerytura wyniesie od 100 zł (wariant pesymistyczny) do 200 zł (wariant optymistyczny). Trzeba dodać, że wysokość tych emerytur bardzo trudno dziś wyliczyć, właśnie dlatego, że nie wiadomo jak będzie wyglądał system wypłat. Problem okresu przejściowego nie polega tylko na tym, że emerytury z II filaru będą niskie, ale również na tym że rynek będzie zbyt mały, aby stworzyć realną konkurencję. Dla porównania rynek OFE w roku 2009 wyniesie od 130 do 150 mld zł, a rynek wypłat zaledwie od 50 lub 60 milionów złotych. Przy tej skali, sporym problemem będzie w ogóle stworzenie jakiekolwiek rynku wypłat, czyli rynku składającego się z kilku lub kilkunastu dostawców. A tym bardziej trudno będzie stworzyć rynek konkurencyjny, który zapewni prawidłową alokację i niskie ceny produktów, a tym samym wyższe emerytury. Lista problemów i dylematów jest tak długa, że z pewnością lepszym rozwiązaniem jest wyczekiwanie na kolejne - złe, lub jeszcze gorsze propozycje Ministerstwa.
2007-01-05 22:45
Budżet na rok 2007 to budżet zmarnowanych szans. Do szans, które ten budżet zaprzepaścił zaliczam trzy najważniejsze: 1) Zmniejszenie udziału budżetu w gospodarce (jako % PKB). Przy wysokim wzroście gospodarczym możliwe było zamrożenie udziału wielu wydatków w PKB. Dotyczy to większości wydatków administracyjnych, ale również np. wydatków socjalnych, które mogłyby pozostać na tym samych poziomie w związku ze wzrostem zatrudnienia. Tymczasem wydatki te wzrosły o 4,2%. Po raz kolejny okazało się, że nierealne jest zmniejszanie podatków bez zmniejszania wydatków. Co się stało z obniżeniem składki rentowej. Czyżby zwiększenie wydatków o kolejne 10 mld złotych uniemożliwiło obniżenie składki rentowej o 4 pkt. proc.? 2) Zmiana struktury wydatków państwa w kierunku stworzenia fundamentów dla zrównoważonego wzrostu. Rozpoczęcie zmiany struktury wydatków, może ale wcale nie musi być poprzedzone gruntowną reformą finansów państwa, polegającą na tworzeniem budżetu zadaniowego, konsolidacji wydatków, zwiększeniu przejrzystości, zmiany przepływów finansowych itp. Wiele zmian w strukturze wydatków można było wdrożyć już w tym budżecie np. poprzez konsolidowanie wydatków resortowych oraz tzw. benchmarkowanie do struktury wydatków w UE. Najważniejsza wydaje się właściwa konsolidacja wydatków w gestii resortów. Przykładem są wydatki na obronę narodową, które stanowią historycznie 2% PKB, chociaż nawiasem mówiąc ten pułap nigdy nie stanowił sztywnego zobowiązania wobec NATO. Tymczasem niektóre budżety w gestii MON, takie jak budżet Agencji Mienia Wojskowego, nie są wcale wliczane do owych 2%, a warto też pamiętać, że AMW uzyskuje przychody ze sprzedaży mienia państwowego. Innym przykładem są wydatki inwestycyjne z budżetu, z których prawie połowa przypada na obronę narodową (5,8 mld zł), a na infrastrukturę drogową i kolejową budżet przeznaczył zaledwie 1,3 mld zł. Poza koniecznością większej konsolidacji ważne jest benchmarkowanie, które powinno wskazywać kierunek zmian w strukturze budżetu. Punktem odniesienia dla zmiany struktury wydatków powinno być odnoszenie struktury wydatków budżetu Polski do średniej unijnej. I tak na tle UE, Polska wydaje bardzo mało na naukę i szkolnictwo wyższe – nadal poniżej 0,4% PKB, znacząco poniżej średniej unijnej oraz znacznie poniżej założeń Strategii Lizbońskiej, które wskazuje, że wydatki te powinny wzrosnąć do 3% PKB. Podobne benchmarkowanie można zastosować w ramach poszczególnych kategorii wydatków. I tak np. wiadomo od lat, że Polska ma złą strukturę wydatków socjalnych, co powoduje niską skuteczność walki z bezrobociem, a mianowicie zbyt duże są wydatki na pasywne instrumenty rynku pracy, głównie świadczenia, a relatywnie bardzo niskie na aktywne instrumenty rynku pracy. Większa konsolidacja w różnych układach i benchmarkowanie, nie powinno zastępować reformy finansów publicznych, ale przynajmniej stanowić pewne narzędzie do ograniczania zjawiska politycznego rozdawnictwa publicznych pieniędzy. 3) Zapoczątkowanie ograniczania deficytu budżetowego i długu publicznego. Ten cel polityki fiskalnej również nie jest realizowany. Polska nie tylko nie wywiązuje się z warunków procedury nadmiernego deficytu, zakładającej obniżanie deficytu budżetowego o 0.5% PKB rocznie, ale niepokojąco zwiększa zadłużenie. Kotwica budżetowa w wysokości 30 miliardów złotych, okazuję się niewystarczająca ponieważ potrzeby pożyczkowe państwa nadal wynoszą prawie 45 mld złotych. Dalsze zadłużanie, uwzględniając już zapowiedzi zmian podatkowych oraz usztywnienie wielu wydatków, niewątpliwie doprowadzi do przekroczenia pierwszego progu ostrożnościowego - 50% długu publicznego w relacji do PKB. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale za rok znajdziemy się w tym samym punkcie, z tymi samymi zastrzeżeniami do budżetu. Znów usłyszymy te same argumenty o konieczności podjęcia reform strukturalnych, w tym reformy finansów publicznych. I chociaż wiadomo, że niewykorzystane szanse się mszczą, wszyscy politycy dobrze wiedzą, że zaniechanie reform zawsze miało najniższą cenę politycznej odpowiedzialności.
2006-12-20 16:38
Będzie Lepper. Gospodarce polskiej nie zagrożą w najbliższym czasie już żadne złe wiadomości. Będzie Lepiej, niezależnie od tego jak rozwinie się afera rozporkowa, czy dojdzie do rekonstrukcji rządu, czy Sejm uchwali budżet, czy wreszcie dojdzie do wcześniejszych wyborów. Rynki finansowe nie reagują już od dawna na żadne złe informacje ze świata krajowej polityki. Przykładem był ostatni weekend, kiedy polityka sięgnęła D.N.A. Dlaczego, rynek nie reaguje? Dlaczego używając za przeproszeniem języka makro „występuje zjawisko ograniczonej transmisji impulsów politycznych na rynki finansowe”?
Wśród analityków i ekonomistów, opinii na ten temat jest wiele. Dominują podglądy „fundamentalistów”, „sceptyków” i „agnostyków”. Najliczniejsi „fundamentaliści” podkreślają siłę fundamentów polskiej gospodarki. Tak silnemu trendowi nic nie może zagrozić. Wniosek jest oczywisty, nie będzie gorzej, może Będzie Lepiej. „Sceptycy” podkreślają, że z afer nic nie wynika. Afery w ogóle nie dotykają gospodarki. Dotyczą manier, dobrych obyczajów, reputacji, nawet tej marnej, ale w żadnym wypadku nie mają one wpływu na realną politykę. Ta bowiem wynika z zupełnie innej kalkulacji. Tej wyrachowanej kalkulacji opartej na słupkach sondaży poparcia dla partii politycznych. Niektórzy szczególnie krytyczni „sceptycy” wskazują, że rząd za bardzo zajmuje się polityką, zaniedbując gospodarkę. Ale skoro gospodarka dobrze się rozwija, to oznacza, że dlatego właśnie, że rząd się nią za mało zajmuje. Wniosek jest oczywisty: gospodarce nic nie grozi. Będzie Lepiej. Wreszcie ci ostatni - „Agnostycy” sugerują, że mgła nad Warszawą wcale nie opadła, i nadal nic nie wiadomo. Chociaż trudno się rozeznać w tej mgle i tym „szumie medialnym” warto jednak rozważać i gdybać, w rytmie politycznych afer. Chociażby nic z tego gdybania nie wynikało. O ile „fundamentaliści” stale przytaczają dane, prezentują modele, nawiązują do teorii, „sceptycy” odnoszą się do arytmetyki wyborczej częściej niż do praw ekonomii, to „agnostycy” stale poszukują zawiłych związków przyczynowo-skutkowych, które ułatwiają im niekończące się rozważania. Znamy ich z gdybania w stylu : „Jeśli z tej afery coś wyjdzie, to premier zdymisjonuje wicepremiera, i na wiosnę będą nowe wybory, co dla budżetu i tak nie ma znaczenia, bo budżet poprze wtedy Platforma, pod warunkiem, że premier właśnie, tak jak na wstępie, wywali jednego lub drugiego wicepremiera; a jak nawet Platforma nie poprze budżetu to i tak będą nowe wybory, jak na wstępie, które i tak nic nie zmienią, jak na wstępie; a nawet jeśli budżetu nie będzie to i tak nic to nie zmieni. Dlatego, też (co jest typową konkluzją), musimy poczekać na rozwój wypadków.” Im więcej atmosfery afer i przesileń, tym większe zapotrzebowanie na tego typu komentarze. To ciekawsze niż rozważania o „nudnych” tematach gospodarczych, takich na przykład jak koncepcje kluczowych reform strukturalnych. Mediazacja życia politycznego przeniosła problemy polityków - kto, kogo, kiedy i jak? z tzw. „salonów politycznych” (jeśli można tu mówić o salonach) do każdego domu, wręcz do „łóżka, i to z kopytami”. Od afery Rywina, która była pierwszym polskim politycznym „reality show” żyjemy obok naszych „bohaterów” życia politycznego – niemal „pod jednym dachem”. Jak coś zelektryzuje opinię publiczną, to można na tym jechać tak długo aż… przysłoni to kolejna afera, a ta pierwsza zejdzie na dalszy plan bez żadnego rozstrzygnięcia. Dlatego w cenie są politycy wyraziści, którzy mają „parcie na szkło”. Chcą stale być w mediach, nieważne czy mówią dobrze, czy źle, byle być. To oni, wraz z dziennikarzami, komentatorami i ekspertami, serwują nam niekończący się spektakl. W ten sposób powstaje zjawisko które Umberto Eco nazywał „the real fake” – nierzeczywistego wytworu kultury masowej, który chociaż jest sztuczny, to wydaje się bardziej prawdziwy niż coś realnego. A już na pewno łatwiej go sprzedać, niż „nudną” rzeczywistość. Spektakl „kto, kiedy, kogo i dlaczego” okraszony opiniami ekspertów jest ciekawszy, niż „nudna” merytoryczna dyskusja. W ten sposób odrywa się „masowa” polityczna dyskusja od realiów, chociaż media kreując swoisty „polityczny reality show” próbują stworzyć wrażenie, że przybliżają nas do świata polityki. Nasi paparazzi nieustannie polują na polityków jak na gwiazdy filmowe, włażąc wszędzie, gdzie to jest tylko możliwe, aby widz czuł się blisko naszych „bohaterów”. Analitycy i ekonomiści też nie są w tyle. Byle być bliżej kamer. Ile jest treści merytorycznej, a ile bicia piany, nie ma żadnego znaczenia. Bo gospodarce i tak nic nie grozi. Będzie Lepiej. 2006-12-12 16:14
|